

dziś wyjątkowo do rzeczy, czyli historia indyjskiej bluzki.
kilka miesięcy temu przypomniała mi się - panująca przed ponad dekadą - moda na orientalne ubrania. przypomniało mi się również, że sama miałam kilka takich ciuchów. o ile jednak moment pozbycia się długich, indyjskich spódnic zapadł mi w pamięć, to losy fioletowej bluzki spowijała mgła tajemnicy. mgła, należy dodać, bolesna, bo wraz ze wspomnieniem przyszła chęć, by wrócić znów do odzieżowych indii.
rozpoczęły się wyczeroujące poszukiwania w lumpeksach i wielogodzinne seanse z allegro. i nic...
ratunek nadszedł niespodziewanie i z zupełnie nieoczekiwanej strony. spotkałam się z przyjaciółką a ta, rumieniąc się niemalże ze wstydu, wyznała, że 6 lat temu pożyczyła ode mnie tę zaginioną bluzkę. czyż to nie wspaniałe??? w ten sposób uratowała się biedaczka przed niechybną zagładą, bo jak nic bym ją wyrzuciła :)
bluzka jest idealna. ma nawet maleńkie dzwoneczki przy troczkach!
a pozostając w indyjskich klimatach - kolejne znalezisko z mroków (nie)pamięci:

















